Pierwsze Czytanie Mateusza

Pierwsze Czytanie Mateusza
6 listopada 2020 Mikołaj Tesla

Oto tajemnica wiary – złoto i dolary…

Czytanie pierwsze z pisma według świętobliwego ewangelisty Mateusza oraz Łukasza.

Umiłowane Siostry i Bracia,

na znak tych dni ostatecznych, słowa te spisane niechaj będą świadectwem tego, co przyszło nam przeżyć tak, aby zachować wydarzenia te ku potomnym. Zaświadczam, że historie tutaj opisane wydarzyły się naprawdę, bowiem trudno będzie w nie uwierzyć, wszak były to czasy, kiedy najznamienitsi mężowie tej krainy postępowali, jakoby im rozum odjęło. A na domiar złego, niczym egipska plaga, świat nawiedziła zaraza.

W piątym roku zmartwychwstania pana, po latach dobrobytu spod znaku wielkiego plusa, nadeszły czasy niespokojne.

Początki odjęcia rozumu datujemy na moment rozmowy ewangelisty Łukasza z niejakim Mazurkiem. Zapytany o zbiorową psychozę nakładania bawełnianej szmatki na twarz, ewangelista Łukasz odpowiedział: „Nie wiem dlaczego ludzie noszą te maseczki, one nie działają”.

Duch pana zstąpił jednak na czoło jego, oświecił jego zmęczone lice i przywrócił mu rozum. I wnet on zakrzyknął: „Na twarz! Na twarz maseczki załóżmy, owieczki moje! Lasy zamknijmy, wszak nie chcemy drażnić przyczajonego w nim wirusa, wirusa wyjątkowo niebezpiecznego. Wirus ten wyjątkowo dziki jest, wszak jest to wirus leśny.

I tak oto bramy lasów zamknęły się, a niepokorne owieczki ukarane zostały ciemiężem ciężkim, lecz sprawiedliwym. A sprawiedliwości tej nie wymierzał stróż prawa, jako, że ten broni jedynie praw ziemskich. Kara ta naznaczona została przez samego pana, jeno wymierzyć ją godzien był jedynie sanepid najjaśniejszy.

I minęły w ten sposób obroty księżyca po trzykroć. I przyszła wiosna. I słońce jaśniejące zmusiło wirusa do odwrotu.

Wyszedł w ten dzień jaśniejący, świętobliwy ewangelista Mateusz na mównicę i rzekł do owieczek swoich „nie trzeba się bać, nie trzeba się bać wirusa tego. Wirus ten w odwrocie jest. Nie trzeba się bać jego.”. A owieczki jego zawierzyły mu i podążyły jego śladem. Aby namiestnika samego pana wybrać na tron krainy naszej powtórnie. A tron ten ze szlachetnego kartonu był ułożony.

Namiestnik ten wszedł zatem na mównicę, a na imię mu Andrzej, z odległości niepodobny do nikogo, którego aparycja sugeruje, że obecna walka toczy się również o niego. I zakrzyknął w te słowa: „nie lękajcie się, moje owieczki, wszak to nie ludzie są, lecz ideologia.”.

I wprowadził ewangelista Mateusz wraz z wieszczem Jackiem namiestnika Andrzeja na tron pana. A symbolami panowania jego było berło, dwie pozłacane półkule prosto z Torunia oraz kamienie ułożone na znak chaosu, który wymaga uporządkowania. Znane potocznie także, jako chuj, dupa i kamieni kupa. Zasiadł wnet Andrzej na tronie swoim i zapadł w sen głęboki, zmęczony batalią o odzyskanie tronu pana.

A kiedy słońce zeszło niżej na nieboskłonie, zaraza powróciła ze zdwojoną siłą. Ewangelista Łukasz, przestraszon zbliżającą się falą przeciwnika, niczym tsunami przepotężne, odrzucił swe wiosła i oddalił się w sobie tylko znanym kierunku.

Pozostawiony sam na placu boju, ewangelista Mateusz zakrzyknął: „zawrzyjcie bramy, brońmy się przed najeźdźcą barbarzyńskim!”. Wszak sufity na siłowniach zbyt niskie są, a baseny zbyt mokre. Bastionem ostatnim obrony naszej, kościoły są zatem. Nie lękajcie się, owieczki moje, wszak w kościołach nawet wirus przed panem uklęczon. Nie lękajcie się drogie owieczki, wirus ten w odwrocie jest. Nie trzeba się bać jego.

Jednakowoż, wzburzenie wzbierało się w tłumie niepokornych, oskarżających ewangelistę Mateusza i apostołów pana o brak przygotowania. A wówczas Zbigniew, zwany Zerem, zakrzyknął: „którego wam uwolnić? Giertycha czy Stonogę?”. Tłum jednak nieprzejednany odpowiedział „odejdź, odejdź czym prędzej”. Wszak wszyscy zmierzali pod dom pana. I tak też Zbigniew, zwany Zerem, uczynił, oddalając się czym prędzej.

W kierunku pana bowiem, kierowała się wielka fala. Fala przerażająca, niczym sama zaraza. Poruszona wyrokiem trudnym, acz sprawiedliwym. Wszak niepodważalne są słowa gosposi pana. Ta bowiem orzekła, że życie nienarodzone warte jest więcej, niż matka jego. Wszak samemu panu wyrok ten jest w smak.

Ten aż zamlaskał z zadowoleniem, a wszyscy po prawicy jego, uradowani zakasali rękawy na myśl o szeregu posług, które będą mogli dostarczyć dzięki temu sprawiedliwemu wyrokowi. Wszak nie często się zdarza, że mogą liczyć w tak krótkim czasie na chrzest i pogrzeb, a nawet dwa. A kto wie, może nawet i ponowne zaślubiny. A do tego szereg posług w intencji życia, które odeszło zbyt szybko.

Jednak wówczas z otchłani zapomnienia wynurzyła się hydra grzmiąca, która ciskała piorunami, a kiedy ktoś odcinał jedną głowę – na miejsce jej powstawało dziesięć kolejnych. Hydra była to przerażająca, wszak mogła krwawić wiele dni, a mimo to nie umierała.

Wytrwali weterani bitew poprzednich zaskoczeni zostali jeno tym, co zastali. Wszak miejsce głów straszliwych, których nawet najodważniejsi mężowie, poskromić nie mieli odwagi – tym razem zajęły zastępy młodych błyskawic, które nieprzejednane i niepokorne były w swoich słowach oraz czynach.

I przerazili się towarzysze pana, wszak pod słowami jego podpisali się wszyscy po prawicy jego. Jeno, jak tylko tłum wściekły ruszył – Judasz, zwany Dziamborem, wyprał się pana po trzykroć. A tłum jego braci zakrzyknął: „Judaszu, Judaszu, i Ty przeciwko nam?” A ten wyparł się pana po trzykroć. Lecz nikt mu nie uwierzył, wszak słowo jego zapisane jest po wieki.

Pan łaskami swymi rozgniewał tłum rozwścieczony, z piorunami na twarzach, wykrzykujący do pana „oddal się panie, oddal się błyskawicznie”. Lecz pan nie lękał się, bowiem w tłumie dostrzegł wielu wiernych jemu, którzy nieśli transparenty „brawo pis” zapisane w postaci pięciu gwiazd i trzech gwiazd, aby ich nie rozpoznano pośród tłumu.

I stanął naprzeciw panu tłum nieprzebrany. A tłum ten pełen był niewiast w typie wulgarnej nierządnicy. I wnet tłum zakrzyczał: „oddalcie się, oddalcie się czym prędzej waszmościowie wielmożni”. A gdzieniegdzie krzyk z ust niewieścich się wydobył „chędożyć jaśnie panujących, chędożyć”. Zaś okrzykom tym nie było końca.

Zakrzyknął wówczas pan: nie będzie cyberpunka. A tłum znieść już tej obelgi nie mógł i ruszył wściekle, niszcząc wszystko, co miłe jest panu. I zakrzyknął wówczas pan – do broni, do broni, wszyscy, którzy nas popieracie, brońcie tego, co nam miłe, wszak tłum ten zakończyć chce tysiącletnią historię naszej krainy!

I ruszył na wezwanie do boju tłum mężnych wojowników, dzielnie okładając niewiasty i zrzucając je ze schodów bronionych przez siebie świętości oraz wartości. Czynów ich jednak pan nie potępiał, wszak wiedzieli wszyscy, że kościół święty – dla ludzi jest, a to przecie nie ludzie są, lecz ideologia.

A na czele tej bohaterskiej obrony przed napastliwym, nieprzebranym tłumem – czworo mężów przodowało wybitnych, których sława wyprzedzała ich czyny. Wszak czyny ich mówią same za siebie.

Pierwszym z nich jest Marcin, zwany Najmanem, który w imię pana odklepuje po trzykroć. Bohatersko wyruszył bronić jasnej góry. Sława jego wyprzedza jednak czyny jego, a tłum atakujący bramy oddalił się czym prędzej, na wieść o zbliżaniu się naszego rycerza odzianego w medale swojej chwały, zdobyte na licznych polach bitwy, w której jest wprawiony. Także tym razem, bitwa jego zakończyła się błyskawicznie, a chwała jego czynów ponownie wyprzedziła jego kroki, roznosząc się po całej krainie.

I puścił pan Bąka prawą stroną. A ten stawił się na jego wezwanie. I stanął z różańcem, w dłoniach swoich spracowanych, owiniętym niczym kastet, gotów do walki z tęczowym najeźdźcą. Nie sposób jednak było przewidzieć, że ta tęczowa zaraza przypuści na niego wściekły atak, prowadząc oblężenie jego twierdzy. Ten zakrzyknął do stróżów prawa i sprawiedliwości: „ratunku, pomocy kamraci!”. Ci jednak pozostali głusi na jego wezwania, pozostawiając go samego w obliczu nienawiści, którą miłością i modlitwą gotów był zwyciężać. Losy jego pozostają niepewne.

Myliłby się ten jednak, kto sądziłby, że pan nie ma przygotowanego asa w rękawie na takie okoliczności. A był nią nieprzejednany Smrodek, który rozniósł się razem z Bąkiem po całym kraju. Nie przewiedział pan jednak, że Smrodek lotny jest i może powrócić do niego w swoim równie zabójczym kształcie. Wszak nie bez kozery nosi ona swój nieodłączny kask, ślubując, że nie zdejmie go, dopóki nie osiągnie ekstazy zwycięstwa w walce o życie nienarodzone.

Czwartym z nich zaś był Krzysztof, zwany Bosym, przez tłum przezywany mikrusem z niewiadomego powodu, wszak wysoki jest to mąż. Tenże w bitwie na argumenty, atakowany gradem śmiercionośnych pytań, wykazał się niebywałym refleksem i myślą błyskotliwą, wyjaśniając, że „kto umrze ten umrze. Gdyby to było złe, Bóg tak by tego nie stworzył”. A wówczas z odsieczą przybył mu jego mentor, gładząc swą siwą brodę i stwierdzając przenikliwie, że prawa niewiast zaburzają naturalny porządek rzeczy. A właśnie tym kończy się ta dewiacja. Wszak gdyby patriarchat był zły, Bóg tak by świata nie stworzył. Nie przekonał tym jednak tłumu wściekłego, który ponownie zakrzyknął: „oddal się, oddal się czym prędzej”.

Tak oto czterej jeźdźcy wyruszyli w drogę, a odgłosy ich kopyt niosły się wzdłuż i w szerz naszej krainy. Chwała czynów ich, wyprzedzała ich kroki. Wszak ich czyny mówią same za siebie…

I stanął przed domem pana tłum nieprzebrany, a wściekłe jego oblicze przeraziło pana. Znalazł on zatem schronienie swoje u bram ewangelisty Mateusza, jednak również tam, tłum pana odnalazł. A szedł on ulicami, niczym nieprzebrana rzeka piekielnego ognia, a grzesznicy tańczyli poloneza w rytm krzyków dzieci nienarodzonych. A nad ogniem tym unosiła się chmura śmiercionośnej zarazy.

I rzekł pan do nich, jesteście przestępcami. Wszak nie przestrzegacie nakazów pana. A odpowiedział mu na to jedynie krzyk wściekły „chędożyć cię jaśnie panie, chędożyć”.

A wówczas słowa swe do owieczek skierował ewangelista Mateusz: zawrzyjcie bramy cmentarzy. Wszak wiadomo, że jest to miejsce śmierci. Nie pozwólmy śmierci, tańca swego odbyć. Zamknijmy cmentarze, zamknijmy ich bramy, śmierci się nie damy.

Nie posłuchali go jednak ci, którzy na swoje spotkanie z kostuchą już się wybierali. I rzucili się wściekle, aby sforsować bramy nekropolii w całej krainie. A nikt już na tym zapanować nie mógł. Nie zmartwiło to jednak pana, który w spokoju odwiedził grób swoich bliskich. Wszak potrzebna mu była chwila wytchnienia od tłumu wściekłego, który wznosił okrzyki w kierunku jego.

Lecz dnia następnego, wydarzyło się coś niezwykłego. Nastąpił w narodzie dzień ciszy i namysłu. Dzień olśnienia, które spłynęło łaską na umysły owieczek i tych niepokornych. I zrozumieli tego dnia już wszyscy, że to nie kraj trzeba zamknąć – lecz ten pierdolony pis!

Bracia i siostry, zawsze i wszędzie, pis jebany będzie…

Brawo pis!

Oto tajemnica wiary – złoto i dolary…

Pierwsze Czytanie Mateusza

Mikołaj Tesla

Powiązane artykuły

  • Pierwsze Czytanie Mateusza
  • Mikołaj Tesla
  • Share
  • Powiązane artykuły